Obchody 75. rocznicy pierwszego transportu do obozu w Chełmnie nad Nerem

Główne obchody tragicznej rocznicy zorganizowane zostały w Chełmnie. Ale ich początek miał miejsce w Łodzi. W czwartek na Stacji Radegast zebrali się przedstawiciele społeczności żydowskiej i romskiej oraz władz miasta. W uroczystościach wzięli udział min. Sekretarz Stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa, Jarosław Sellin; Ambasador Izraela w Polsce, Anna Azari; Dyrektor Generalny Instytutu Yad Vashem, Avner Shalev a także Wiceprzewodniczący SŻIH oraz Wiceprezydent Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego, Marian Turski.

Poniżej znajdą Państwo pełne przemówienie Mariana Turskiego które wygłosił podczas uroczystości.

Powinienem, wzorem papieża Franciszka, milczeć!
W tym miejscu - czyż milczenie nie jest najgłośniejszym krzykiem?!.
Czy jednak mogę milczeć?
Tu, w tej ziemi, a dokładniej: niedaleko stąd, w pałacowym zabudowaniu, odnaleziono, zakopany w ziemi, ostatni z listów, jakie grupa więźniów-grabarzy i palaczy zwłok chciała przekazać światu: ŚWIADECTWO HISTORII.

Ten list z grudnia 1944 roku napisany został w imieniu tej grupy przez Izaaka Zygelmana. W pełnej świadomości, że są to ich ostatnie dni - bo Niemcy ich uśmiercą, gdy tylko front się zbliży- napisali swoją… wolę (?), życzenie (?), testament (!)… i nazwali: „Odezwa do naszego przyszłego narodu”.
Odkopany po wojnie, odcyfrowany, brzmi on następująco: (Paru słów do dzisiaj, do końca nie jesteśmy pewni, a ja czytam tak jak oni to napisali).
„Określam wam życie narodu żydowskiego z roku 1939 IX do XII 1944 w jaki sposób nas zagnębili. Wzięto was od starca do niemowlęta między miasteczkiem Koło a Dąbia.
Wzięto nas do lasu tam nas gazowano i rozstrzeliwano i spalili.
Otóż prosimy aby z wami przyszli bracia się zrzeszali na naszych morderców niemców. Światkowie naszego gnębienia są polacy, którzy mieszkają w tej okolicy. Jeszcze raz prosimy o rozgłoszenie tego morderstwa na całym świecie i do każdej redakcji. Pisali to ostatni żydzi, którzy to wypełnili. Żyliśmy do dnia 1 XII 1944.”
[Nieczytelny podpis. Chyba:] Koledzy.

Czy mam więc prawo milczeć?
Czy nie mam obowiązku, czy nie mam wręcz nakazu, by właśnie dzisiaj ich słowa przypomnieć?!

Dziś wiemy, że w Kulmhofie, znanym pod starą nazwą Chełmno nad Nerem, po raz pierwszy za pomocą gazowania zastosowano ludobójstwo na skale przemysłową w tzw. rozwiązywaniu kwestii żydowskiej.
Dziś wiemy, że to prymitywne pod względem technologicznym Chełmno było jakby laboratorium doświadczalnym przed zainstalowaniem kolejnych obozów natychmiastowej zagłady – w Bełżcu, w Sobiborze, w Treblince…

Nie znamy dokładnej liczby ofiar w Chełmnie, ale zakłada się, ze połowę stanowili ludzie z getta łódzkiego, z Litzmannstadt-ghetto, a więc z getta, w którym i ja byłem więziony przez Niemców.
Co myśmy wówczas wiedzieli o losie – jak to się wówczas nazywało – deportowanych?...
Masowe wywózki z mojego getta zaczęły się na początku stycznia 1942 roku. Złe przeczucia nas ogarniały, ale też złudzenia, ze te tysiące rodzin wywozi się gdzieś do pracy. Złudzenia na tyle silne, że niektórzy, ci którzy  najsłabiej opierali się chorobie głodowej, dobrowolnie zgłaszali się do tzw. „wysiedlenia”, ze złudną nadzieją, że dostaną więcej jedzenia…
A więc:
Nic nie wiedzieliśmy!...
Tylko przez kilka miesięcy…
Do czasu, gdy zostali wsiedleni do łódzkiego getta Żydzi z Pabianic.
Ci poinformowali mieszkańców naszego getta, że w ich okolicy jest magazynowana odzież, która należała do Żydów łódzkich (bo znaleziono w kieszeniach gettowe pieniądze).
To był już sygnał oczywisty, że wysiedleni zostali zamordowani!
A potem sygnał niemal pewny:
W lipcu 1942 roku Komendant Sonderkommando Kulmhof – czyli tego obozu, w którym jesteśmy - pilnie poszukuje w getcie łódzkim – cytuję – „młyna do kości, bądź to operowanego ręcznie, bądź napędzanego silnikiem”…
Leśnik miejscowego nadleśnictwa, Heinz May, Niemiec, który po wojnie złożył zeznanie przed władzami alianckimi, miał okazję –na zaproszenie wspomnianego komendanta zobaczyć młyn do kości. Oto jego relacja. Cytuję:
Kości długie, które nie uległy spaleniu, wyciągano i miażdżono w młynie do kości o napędzie silnikowym, który znajdował się w specjalnie zbudowanym drewnianym baraku. […] Bothmann [tj. komendant obozu], pokazał mi mączkę kostną. W barakach stało dużo pełnych worków. Bothmann zwrócił się do jednego z […] ludzi, którzy tam pracowali: „Icek, przynieś mi z worka garść mąki”. Starszy mężczyzna pospiesznie podszedł do worka i przyniósł dwie garście śnieżnobiałej, drobniutkiej mączki z kości. Bothmann powiedział mu: „Oto przedstawiciele twojej rasy”.
Koniec cytatu.
Dodajmy jeszcze, że wachman niemiecki Jakob Wildermuth – również po wojnie - zeznał, ze używano mączki kostnej jako nawozu…
Drodzy zgromadzeni!
Ja też byłem potencjalnym dawcą mączki kostnej, która zwiększyłaby ilość zbóż lub warzyw na niemieckim stole.
Na moje „szczęście”, gdy likwidowano łódzkie getto - Chełmno już nie działało. Już wtedy zacierano ślady po pierwszym miejscu industrialnej zagłady Żydów, a także Romów, Polaków i innych gatunków ludzi skazanych na likwidację…
Trafiłem, jak się okazało, „na szczęście”, do Auschwitzu, gdzie – po selekcjach, po krańcowym wycieńczeniu, po marszach śmierci, jednak kilka procent więźniów przeżyło.
Tutaj w Chełmnie  - nawet bardziej niż w Auschwitzu nie chcieli zachować żywych. Nie trzeba palców dwóch rąk, by zliczyć tych co uciekli i przeżyli.
Więc ja – jak już powiedziałem: niedoszła mączka kostna – mam obowiązek przypomnieć wolę tych, którzy w tej ziemi zakopali swój, nasz, nasz wspólny testament.
Zacytuję jeszcze raz ich słowa:
Prosimy, aby z wami przyszli bracia zrzeszali się na naszych morderców niemców.
Pomyślmy: Kim byli oprawcy?
Czy byli to jedynie uwarunkowani genetycznie kryminaliści i zbrodniarze?
Bynajmniej!
W większości to byli – jak ich nazwał amerykański historyk Browning – ordinary men – zwyczajni ludzie… Kochali swoje rodziny, głaskali swoje dzieci. Słuchali Mozarta lub Straussa.
A przecież to właśnie zwyczajni urzędnicy, nauczyciele, księgowi, brali udział w podpalaniu wiosek z mieszkańcami, takich jak polski Michniów, jak białoruski Chatyń, jak czeskie Lidice, czy jak francuskie Oradour…
Dlaczego? Dlaczego to czynili?
Dlatego że ich edukacją była nienawiść. Dlatego że wpajano w nich od dzieciństwa pogardę dla innego rodzaju ludzi niż oni sami…
Drodzy zgromadzeni!
Czy możemy dzisiaj czcić pamięć zagazowanych i zastrzelonych w tym miejscu  - godząc się na swobodne marsze i parady po ulicach miast europejskich nacjonalistów, ksenofobów, ekstremistów, rasistów, antysemitów?
Czy mamy się godzić z hejtowaniem, z rozniecaniem nienawiści w internecie?
Czy Europa zapamięta ostatni list męczenników z Chełmna-Kulmhof? Czy pomożemy Europie to zapamiętać?
M u s i m y!
To nasz najświętszy obowiązek wobec Was, zagazowani i rozstrzelani, nasi ojcowie i matki, nasi bracia i nasze siostry…
Gdybym dzisiaj milczał – to jakbym ponownie zakopał w ziemię wasze życzenie, wasz testament, waszą ostatnią wolę.

Marian Turski

Szacuje się, że w Kulmhof zamordowano łącznie ok. 200 tys. kobiet, dzieci i mężczyzn - w zdecydowanej większości Żydów, a także 4,3 tys. Romów, prawdopodobnie grupę czeskich dzieci i kilkudziesięciu jeńców radzieckich. W obozie życie straciła nieustalona liczba Polaków, w tym zakonnice i księża przywiezieni do Kulmhof z domów starców i przytułków z Włocławka. Ostatnia egzekucja na 45 więźniach została wykonana przez uciekające przed Armią Czerwoną komando niemieckie w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r.

foto: Joanna Podolska/Centrum Dialogu im. Marka Edelmana